Reklama

Niedziela Lubelska

Nie bój się!

Pan Bóg obdarzył mnie łaską – mówi ks. prof. Józef Niewiadomski.

Niedziela lubelska 9/2026, str. IV-V

[ TEMATY ]

sylwetka kapłana

Archiwum ks. J. Niewiadomskiego

Ksiądz profesor Józef Niewiadomski

Ksiądz profesor Józef Niewiadomski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ksiądz profesor Józef Niewiadomski, pełen życiowej radości teolog, błyskotliwy i głęboki autor, pochodzi z doświadczonej cierpieniem rodziny. Jego dwie siostry zginęły podczas deportacji w czasie II wojny światowej.

Najpierw musimy się posilić – ks. Józef Niewiadomski podaje rybę, chleb i świeżą sałatkę. Ten gest doskonale charakteryzuje tego pełnego pasji teologa, byłego dziekana Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Leopolda i Franciszka w Innsbrucku i popularnego autora wielu artykułów: jedzenie i picie trzymają ciało i duszę razem. To, co ziemskie, i to, co niebiańskie, spotyka się w uścisku dłoni. Tuż obok stołu piętrzą się teologiczne publikacje specjalistyczne, leksykony, Biblie. Ksiądz Józef Niewiadomski żyje zgodnie z tym, czego naucza.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Okno na przeszłość

Reklama

Niektórzy znają fragmenty historii rodziny Niewiadomskich: że pochodzi z Polski, wcześnie stracił rodziców, że wyjechał do ciotki w Gdańsku i – mając zaledwie 12 lat – z wyrzutami sumienia zostawił swojego starszego o sześć lat brata samego. Że studiował teologię, został księdzem i ostatecznie znalazł drugą ojczyznę w Austrii, gdzie w Innsbrucku zrobił błyskotliwą karierę jako teolog i popularny duszpasterz. Ale to nie wszystko z historii rodziny ks. Józefa Niewiadomskiego. Moje zainteresowanie wzbudza post w social mediach z lutego 2025 r. Tam „Niwi”, jak go pieszczotliwie nazywają, ma również wierną rzeszę fanów, gdzie publikuje swoje kazania i osobiste przemyślenia. Tego dnia wspomina swoje dwie zmarłe siostry. Siostry? Wiedziałam, że ks. Józef miał brata, z którym przez całe życie był bardzo blisko związany, ale dwie siostry? Ich historia opisana w poście jest wstrząsająca. Pytanie, jak człowiek z taką przeszłością rodzinną potrafi iść przez życie z pogodą ducha i ufnością, nie daje mi spokoju, dlatego spotykamy się na rozmowie.

Emilia i Marianna

Po posprzątaniu naczyń ks. Józef przynosi książki i albumy ze zdjęciami. Starannie udokumentował historię swojej rodziny. Jest ona ściśle związana z historią regionu, w którym dorastał – Zamościem, leżącym na południe od Lublina, niedaleko granicy z Ukrainą. Powiat ten zyskał smutną sławę, gdy reichsführer Heinrich Himmler w ramach „Generalnego Planu Wschodniego” postanowił poddać wschodnią Polskę germanizacji: ludność polska miała zostać wysiedlona, a na jej miejsce osiedleni „godni zaufania” Niemcy i Ukraińcy. Wczesnym rankiem polskie wioski zostały otoczone przez żołnierzy, ludzie musieli zebrać się z minimalnym bagażem i zostali wywiezieni w temperaturze sięgającej minus 20 stopni do obozów na wozach konnych lub w pociągach.

Reklama

13 stycznia 1943 r. dotknęło to rodzinę ks. Józefa Niewiadomskiego. Jego matka Stanisława (1916-1963) wraz z dwiema córkami Emilią (1938-1943) i Marianną (1942-1943) trafiły do obozu przejściowego w Zamościu, a ojciec Jan (1914-1965) do pracy przymusowej w Berlinie. 1 lutego matkę Niewiadomskiego i jego siostry, ośmiomiesięczną oraz pięcioletnią, przewieziono do Łosic. Panowały katastrofalne warunki higieniczne, głód i przeraźliwie zimno. Zaledwie pięć dni później Emilia i Marianna zmarły, tego samego dnia, 5 lutego 1943 r. Były one dwiema z około 10 tysięcy Polek i Polaków, którzy zginęli podczas deportacji. W ramach „Generalnego Planu Wschodniego” deportowano łącznie 110 tysięcy Polaków, w tym 30 tysięcy dzieci.

Ksiądz Józef Niewiadomski opowiada o tych wydarzeniach ze szczegółami, z głębokim, wewnętrznym poruszeniem. Pokazuje zdjęcia swoich rodziców, swojej rodzinnej wsi i otwiera grubą książkę z listami deportacyjnymi, skrupulatnie prowadzonymi przez Niemców wykazami wywożonych osób. Nazwiska jego sióstr, Emilia i Marianna Niewiadomska, są w nich podkreślone fluorescencyjnym markerem. Dwa imiona, dwa młode życia, które zostały unicestwione. Na liście widnieją litery i cyfry, ale za nimi kryją się losy, które poruszają do głębi. Rodzicom ks. Niewiadomskiego udało się przetrwać wojnę, głód i wysiedlenie. Kiedy pod koniec 1944 r. spotkali się ponownie w rodzinnych stronach, nie mieli już nic. Stracili dzieci i cały skromny dobytek. Wszystko zostało zrównane z ziemią.

Na spalonej ziemi

Reklama

Niewiadomscy nie stracili jednak swojej niezachwianej wiary. Zaczynają więc od nowa, znaleźli schronienie u rolników, zarabiając skromne środki do życia. W 1945 r. rodzi się brat Jan, a w 1951 r. Józef. Później rodzina ponownie zamieszkuje w skromnym drewnianym domku. „W każdą sobotę ojciec odświeżał podłogę gliną, aby była ładna na niedzielę. W piątek znów była zniszczona. Nie mieliśmy nawet Biblii”. Józef, wzorowy uczeń i gorliwy ministrant, dorastał, nie wiedząc nic o swoich siostrach. Jednak z biegiem lat zaczął rozumieć. W dzień Wszystkich Świętych podczas nabożeństwa odczytywano imiona zmarłych. Tutaj po raz pierwszy usłyszał imiona swoich sióstr: Emilii i Marianny. Z roku na rok widział, jak matka – mogąc w końcu dać upust bólowi – płakała gorzko w kościele. W domu zapytał, kim były Emilia i Marianna. „To twoje siostry” – odpowiedział ojciec. Nie powiedziano nic więcej. Aż do Bożego Narodzenia. Odrobina świątecznego alkoholu dodała odwagi matce i opowiedziała o deportacji i o tym, jak dzieci były brutalnie oddzielone od swoich matek. Emilia, starsza z sióstr, widząc i rozumiejąc, co się dzieje, powiedziała do mamy: „Weź mnie na ręce!”. Matka tak zrobiła i Emilia, jako jedna z niewielu starszych dzieci, pozostała przy niej aż do śmierci. „Widziałem moją matkę w Wigilię, jak siedziała przy stole ze łzami w oczach. Nie było żadnych zdjęć moich sióstr, tylko imiona. Byliśmy tylko my. Ludzie w tamtych czasach skupiali się na jednym: ważne, że żyjemy teraz. Dlatego nigdy o nic więcej nie pytaliśmy”.

Ból ofiarowany Bogu

Skąd jego matka czerpała siłę, by dalej żyć? Jak poradziła sobie ze śmiercią swoich córek? „Moja matka była silną kobietą. Kochała Wielki Post, nabożeństwa pasyjne i Drogi Krzyżowe. Tam mogła się wypłakać. W modlitwie łączyła swój ból z siedmioma boleściami Maryi. Obrazy Męki Pańskiej miały wtedy ogromne znaczenie; Matka Bolesna, krzyż. W Polsce były one wówczas znacznie bardziej obecne niż wizerunek Boga karzącego”. Ksiądz Niewiadomski jest przekonany, że ta wiara pomogła jej nie popaść w gorycz i nienawiść. „Nigdy nie słyszałem od niej nic złego o Niemcach, nie czułem w niej nienawiści”. Nowy początek rodziny Niewiadomskich trwał jednak tylko kilka lat. W 1963 r. matka poważnie zachorowała i wkrótce potem zmarła w obecności swoich synów, powtarzając wciąż te same słowa: „Co wy beze mnie zrobicie?”. Dwa lata później zmarł również ojciec. Józef i Jan zostali sierotami.

Łaska, którą trzeba przekazać

Ksiądz Józef nigdy nie zapomni pogrzebu matki: torował sobie drogę przez śnieg sięgający kolan. Na cmentarzu objęła go nieznajoma kobieta i powiedziała: „Nie bój się! Mama patrzy na ciebie z nieba i czuwa nad tobą”. Te słowa zapadły mu głęboko w pamięć i towarzyszyły mu przez całe życie. Kilka lat temu jako pierwszy z rodziny odwiedził masowy grób, w którym spoczywają jego siostry.

Jak to możliwe, że człowiek z taką historią życiową potrafi promieniować ufnością i radością życia? „Z pewnością kryzysy, które przeżyłem, ukształtowały mnie. Ale w moim życiu spotkałem też wielu ludzi, którzy byli dla mnie wsparciem. Naprawdę czułem, że mama patrzy na mnie z nieba. Wiele rzeczy mogło potoczyć się zupełnie inaczej, tak wiele przeszkód zostało pokonanych. Czuję się jak osoba obdarzona łaską. I z całego serca chętnie dzielę się tym doświadczeniem z innymi”.

2026-02-25 07:56

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Cichy bohater

Niedziela lubelska 29/2024, str. VI

[ TEMATY ]

sylwetka kapłana

Ks. Kazimierz Kuśmierz

Ksiądz Grzegorz Rapa (1954 – 2024)

Ksiądz Grzegorz Rapa (1954 – 2024)

Ksiądz Grzegorz Rapa pozostawił piękne świadectwo wiary i odwagi.

W kaplicy w ukraińskim Ługańsku, gdzie przez prawie 30 lat służył ks. Grzegorz Rapa, został wystawiony po jego śmierci portret. Zbiera się tam kilkanaście osób, które modlitwą wyrażają wdzięczność lubelskiemu kapłanowi za odnowienie katolickiej parafii.
CZYTAJ DALEJ

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Ewangelizował nawet na swoim pogrzebie. Kąty Wrocławskie pożegnały ks. Wojciecha Draba

2026-10-01 21:10

[ TEMATY ]

bp Marek Mendyk

diecezja świdnicka

ks. Krzysztof Ora

pogrzeb kapłana

ks. Wojciech Drab

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Pogrzeb ks. Wojtka stał się dla mnie nadzwyczajnymi rekolekcjami o kapłaństwie, o życiu pomimo śmierci, o Kościele, który jest piękną wspólnotą – napisał po uroczystości ks. kan. Krzysztof Ora. I rzeczywiście: 1 października w Kątach Wrocławskich nie zabrakło łez i bólu, ale jeszcze mocniej wybrzmiewała wiara, że śmierć nie ma ostatniego słowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję